Relacja – guz nerki i konflikt „płynów”

RELACJA: SBS miąższu nerki – konflikt „płynów”

Autor: Izabela Karwacka


Chciałabym podzielić się swoim doświadczeniem – być może będzie komuś pomocne.

Programowanie konfliktów związanych z płynami w dzieciństwie
Dzieciństwo spędziłam na wsi. Było jak w raju… poza paroma wyjątkami. Mokrymi wyjątkami.
Aby przeżyć byłam programowana: to studnia – „nie podchodź!”, to staw, rzeka „nie zbliżaj się!”.
W historii Rodziny utonięcia, zachłyśnięcia, moja mama jako dziecko uratowana spod lodu, tata w dzieciństwie topiący się w bagnie, przykładów mogę mnożyć. Na bazie tych procesów wyrósł we mnie olbrzymi lęk przed wodą. Bycie w pobliżu zbiornika wody było torturą.
Życie z lękiem przed wodą było wielka uciążliwością – choćby sama kąpiel moich dzieci była okupiona wielkim stresem, który przed nimi ukrywałam, aby lęku nie przekazać dalej. To odbywało się na tyle głęboko, że nie zawsze czułam się pewnie pijąc wodę.
Poza lękiem przed wodą był u mnie lęk przed zachłyśnięciem, zakrztuszeniem. Krztusiłam się kawałkiem jabłka gdy byłam niemowlakiem. Zostałam odratowana, było na tyle blisko że zmieniałam już koloryt skóry. W historii rodziny: mama mamy karmiła swojego synka, zakrztusił się śmiertelnie. Wspominam o tym, bo wewnętrznie odczuwam, że to się jakoś łączy.

Czas na świadomą zmianę
Postanowiłam pożegnać wszystko co mi nie służy, z czasem przyszedł czas aby oswoić się z wodą. To była trudna i fascynująca droga. Udało się.
Poprosiłam mojego Męża aby nauczył mnie pływać. To był fantastyczny i zarazem bardzo stresujący proces. Podczas nauki pływania nie raz się zachłystywałam wodą i to przypominało mi zakrztuszenie jabłkiem.
A oto jak w tamtym czasie opisałam na swoim profilu na FB mój proces oswajania WODY podczas morskiego rejsu po Bałtyku. Link do oryginalnego wpisu tutaj Obiecałam sobie, że stanę sama na rufie, na środku morza i zrobię sobie zdjęcie. Wcześniej nauczyłam się pływać, ale zawsze w okolicznościach wody byłam z mężem. Tu pierwszy raz jestem sama.

Na tym zdjęciu nie ma mnie.
Jest mój lęk.
Lęk starszy niż moje obecne wcielenie.
Lęk potężny, paraliżujący, odbierający zdrowy rozsądek.
Rozsądek ustępuje miejsca szaleństwu – żarliwemu pragnieniu śmierci, które wydaje się być jedynym wybawieniem od koszmaru jakim jest bycie blisko wielkiej wody. 
Logika podpowiadałaby – możesz odejść z tego miejsca – ale tu nie ma logiki, jest tylko cierpienie tak wielkie, że chcesz je przerwać jak najszybciej. Pragnienie śmierci jako wyzwolenia od lęku. 
Tu i teraz. Natychmiast.
To mój pierwszy morski rejs.
Nie było miejsca na 24-godzinną podróż, musiałam się natrudzić aby poprzestawiać kalendarz, sprawy, ludzi, zastępstwa… słyszałam: „po co płyniesz skoro to tak wiele komplikuje?” odpowiadałam: bo chcę dokończyć książkę, pobyć Bez telefonu bez internetu, bez ludzi…
Nie mówiłam prawdy…
Chciałam spotkać się z tym lękiem. moim ostatnim lękiem.
Oswajałam się, przygotowywałam na to spotkanie przez lata. mając 40 lat nauczyłam się pływać, rozwijałam to…
A teraz jestem tu, na granicy mojej otchłani i żegnam cię lęku, rozpuszczam, pozwalam ci odejść.
Wrócę na rufę wielokrotnie, dokładnie w to miejsce gdzie przed chwilą śmierć wydawała się wybawieniem. wrócę aby w pełni czuć ŻYCIE.
Nie ma we mnie lęku.
W pustą przestrzeń po nim wlewa się światło”

Rozwiązanie konfliktu
Na rozwiązanie konfliktu składa się chwila zarejestrowana na zdjęciu powyżej i to co wydarzyło się po zejściu na ląd. Wróciłam do domu, bez pamięci szlochałam pół godziny w dreszczach (nie jestem z natury płaczliwa), po czym wstałam i przeszłam do codzienności. Nie pamiętałam tego, znam to z relacji męża.

Faza zdrowienia
Ból w brzuchu – w prawym górnym, rogu jamy brzusznej z przodu. Myślałam, że coś dzieje się z wątrobą. Miałam uczucie powiększonej wątroby (choć badanie tego nie potwierdziło). Ból był stały, tępy, stłumiony. Nasilał się np.; po wypiciu kawy.
Poszłam na USG, aby wiedzieć jaki to narząd. Jedyne czego potrzebowałam to diagnoza.
Wiem, że onkologia nie dla mnie. Opiekowałam się kilkoma osobami z „chorobą nowotworową”, czułam że coś nie gra jeśli chodzi o pakiet medyczny oferowany chorym na raka. Potem poznałam 5 Praw Natury dr Ryke Geerda Hamera. Wiedza ta pozwoliła mi dostrzec, że choroba, która była traktowana jako zagrożenie, była w istocie procesem zdrowienia. Proces ten niestety często był przerywany właśnie z powodu zastosowania procedur medycznych – chemioterapia, radioterapia.
Kiedy poznałam 5 Praw Natury stało się dla mnie jasne, że pacjenci, którymi się opiekowałam zdrowieli, a medycyna to przerywała. To dało mi pewność i śmiałość aby iść ścieżką zgodną z odkryciami dr Hamera.

Diagnoza
Od momentu diagnozy przeszłam prawie każdy punkt fazy zdrowienia opisanej przez dr Hamera SBS-ie nerkiBywały też okresy ciszy i dobrostanu.
Diagnoza: guz prawej nerki
Po USG otrzymałam kartę DILO, byłam też na wizycie w przyszpitalnej poradni urologicznej, tam otrzymałam informację, że należy wykonać jak najszybciej operację, a przed nią wykonać tomografię – otrzymałam skierowanie, zarejestrowałam się na TK, wróciłam do domu i napisałam posta na naszej grupie z pytaniem, czy wynik TK cokolwiek wniesie do mojej wiedzy, po kilku komentarzach wiedziałam, że nie potrzebuję TK. Posta usunęłam, bo nie chciałam dokładać sobie dodatkowych emocji i rozterek z publicznego źródła, czułam potrzebę bycia z tym sama, oswojenia.

Odwołałam rejestrację na TK. Po jakimś czasie dwukrotnie dzwoniono do mnie ze szpitala, aby upewnić się czy dokładnie rozumiem w jakim jestem stanie i że powinnam poddać się operacji.

Sięgając po ilustrację dotyczącą SBSów nerki rozpoznałam u siebie wszystkie trzy konflikty, z czego ten dotyczący miąższu (konfliktów płynów) był w tym czasie dominujący, a dwa pozostałe już rozwiązane. Odkryłam również, że to co działo się ze mną wcześniej to było to rozwiązanie konfliktu rewirowego (sprawy po minionym rozwodzie). Miałam objawy ze strony prawego moczowodu, miałam też lekkie krwiomocze – ale w tym czasie uprawiałam dużo siłowego sportu i ból moczowodu myliłam z przedźwignięciem się podczas „martwego ciągu”.
Ta historia działa się ok. lutego 2016r.
W tym czasie też dużo działo się ze strony spraw kobiecych, miałam miesiączki co dwa tygodnie i nagle ustały – przekwitłam – stąd wiele objawów ze strony układu moczowego myliłam również ze „sprawami kobiecymi” i tak przeszłam nieświadomie SBS-y miedniczek i moczowodu.

W październiku 2016 odbyłam rejs po Bałtyku, czyli moje świadome porzucenie lęku przed wodą. W pierwszej połowie grudnia 2016 podróżowałam nocnym pociągiem i tam dotarło do mnie, że co chwilę muszę oddawać mocz. Byłam na warsztatach rozwojowych, ktoś z uczestników miał ze sobą Quantec (kwantowa diagnostyka organizmu) – zaproszono mnie na diagnozę – byłam wtedy w pełni sił sportowych, jedynie sikałam „co 5 minut” i szczypało mnie w pęcherzu, a tu jakaś obca osoba mówi mi, że z moim organizmem dzieje się coś złego, że są złe parametry, potem urządzenie przestało działać, a ja stwierdziłam, że to naciągactwo na „leczenie”, bo ja przecież tak dobrze się czuję.
W tamtym momencie dotarło powoli do mnie, że jednak trochę się zwodziłam z tym doskonałym samopoczuciem. Dlatego w styczniu idę na badanie żywej kropli krwi. W wynikach ze strony leukocytów informacja o aktywnym układzie odpornościowym, wolnorodnikowe uszkodzenia krwinek, rulonizacja erytrocytów, duże stężenie kryształów kwasu moczowego i ortofosforowego. Zaczynam stosować naturalny preparat URY – pomaga natychmiastowo, nie sikam co 5 minut, zapominam o sprawie.
Następnie pojawia się wspomniany ból w okolicach wątroby – idę na USG – jest kwiecień 2017 r.
W lipcu 2017 r. jesteśmy z Mężem zmasakrowani nadmiarem pracy – udaje nam się wyjechać do Puszczy, tam mam objawy ze strony cewki: zmniejszone wydalanie moczu, obrzęki, potliwość
Jesień 2017 spędzam na:
gorączka, nocne poty
– wielomocz, nieznaczna utrata wagi
– spieniony mocz
W międzyczasie miałam kilka epi-kryzysów.
Pierwsza połowa 2018 r. upływa w miarę spokojnie, w drugiej połowie powoli tracę siły, wodobrzusze, czuję jak guz rośnie, jest wyczuwalny przez dotyk na plecach. Bywają lepsze dni i tygodnie. Od mniej więcej sierpnia 2018 „robi się poważnie” – funkcjonuję, ale ze spadkiem sił, ukrywam to przed rodziną. Mój mąż i córka w pełni zaufali 5 Prawom Natury – ale widzą, że się męczę i chcą jakoś mnie wspomóc, córka umawia mnie na wizytkę do homeopaty, w październiku robię sobie zastrzyki domięśniowo wspomagające odporność UBIHINON i GALLIUM

Wodobrzusze
Miałam przymusową wizytę u lekarza medycyny pracy, tam zostałam poturbowana słowem, obrażona, lekarka uciskała mój brzuch sugerując, że „co ja tam mam z tymi jelitami”. To był dotyk którego się brzydzę. Po mnie do lekarki wszedł mąż. Skojarzyła nazwiska – długo rozmawiała z nim o naszym braku odpowiedzialności. Po tym fakcie w pełni zaczęłam się czuć źle. Złość, frustracja, oburzenie – to moje silne emocje. Poza tym wydarzeniem oceniam, że cała sytuacja choroby w brzuchu prowadziła również do wodobrzusza.

Pęknięcie cysty
W pewnym momencie poczułam, że osiągnęłam zenit i podczas ubierania spodni coś we mnie boleśnie pękło. Początkowo myślałam, że coś przeskoczyło mi w kręgosłupie, że naciągnęłam mięsień, że rwa kulszowa itp. do chwili gdy zdjęłam bieliznę – plama krwistego płynu z dróg moczowych wielkości 2×2 cm

Usuwanie płynów trwało ok. 6 dni. W tym czasie odczuwałam również powiększenie narządów: nerki, śledziona, wątroba, olbrzymie wodobrzusze oraz ból.

Leki”
Wspomniany wcześniej homeopatyczny UBIHINON, GALLIUM (nadal robię sobie zastrzyki), piątego dnia ostrego bólu mój mąż zadecydował, że już za dużo tego bólu i zaczęłam przyjmować 3% ekstrakt z konopi.
Wcześniej suplementowałam minerały i ziołowy suplement URY.

Świadoma obserwacja
Ból był moim nauczycielem, przewodnikiem, najlepszym doradcą. To nie działo się jedynie w ciele.
Dużo czasu spędzałam w ciszy, obserwowałam co dzieje się z moją psychiką i emocjami, jak się oczyszczają, jak wiele mi się przypomina, również tego co nie jest moim doświadczeniem, ale doświadczeniem rodziny – utonięcia, śmierć z powodu zakrztuszenia, zachłyśnięcia. W jakiś sposób, którego nie potrafię opisać te historie całej rodziny były ze mnie teraz uwalniane.

Po kryzysie
Przez prawie dwa tygodnie od kryzysu schodziła ze mnie woda. W tym czasie nie jadłam zbyt dużo. Najważniejszym posiłkiem były śniadania, o tej porze miałam mniejszy brzuch, w którym mieściły się trzy jajka sadzone. Bardzo duże ilości ajurwedyjskiej herbaty z trawy cytrynowej i imbiru i miodu akacjowego, nieustannie towarzyszył mi ciepły termofor.

Dziękuję Każdemu kto spowodował, że wiedza 5 Praw Natury dotarła do mnie. Dziękuję za każdą relację, wykład, komentarz, tłumaczenie, wsparcie – dzięki temu zyskałam pewność, że to co czuję i robię jest dla mnie właściwe. To mnie ratowało w najcięższych chwilach, gdy ciało robiło swoja robotę a wyposażony w wiedzę umysł i emocje pozbawione paniki temu procesowi nie przeszkadzały.

Dobrze, że jesteście. Dziękuję z miłością.

Izabela Karwacka

ps. jeśli masz pytania odnośnie mojej relacji – kontaktuj się ze mną na mój e-mail izaak7@wp.pl

Komentarz administratorki strony:

Miąższ nerki wykształcony został z mezodermy (nowej), ośrodek sterowania znajduje się w łożysku nowego mózgu. Cały SBS czyli Sensowny Biologiczny Program Natury nerki opisany jest tutaj – można kliknąć i zapoznać się ze wszystkimi programami nerki – a są ich aż trzy.

Biologiczny konflikt związany z miąższem nerki – czyli programem, który przechodziła Iza, to odczucie: „za dużo wody/płynów”. Kiedy czytaliście relację Izy i to jak opisywała swoje dzieciństwo i proces programowania jej psychiki na problem „wody” to jasne staje się dlaczego uruchomił się u niej akurat ten SBS. Zatonięcia, zakrztuszenia w rodzinie – wszystko to budowało strach przed wodą.
Konflikt ten może zostać przeżyty w wyniku zagrożenia życia związanego z wodą (tonięcie, powódź), lub gdy np. pęknie rura i mieszkanie jest zalane, problemy związane ze ściekami, kanalizacją, studnią.
Nie jest to konflikt związany z brakiem wody (za który odpowiada cewka zbiorcza nerki), chodzi tu o odczucie, że jest zbyt dużo wody.
Konflikt „płynów” odnosić się może także do cieczy, np. szkodliwego działania płynnych substancji chemicznych, zastrzyków, transfuzji, wycieku ropy, benzyny, alkoholizmu. Lub np. niekontrolowany wyciek płynów ustrojowych z ciała (nietrzymanie moczu), albo objawy dużych obrzęków ciała powodujące odczucie „za dużo wody w ciele”.
Co ciekawe, i znam taki przypadek, można doświadczyć konfliktu „za dużo wody w ciele” asocjacyjnie – mąż przeżywa konflikt z powodu obrzęków ciała u żony.
W następstwie przeżytego konfliktu „za dużo wody” każde wydarzenie związane z wodą, np. awaria rury, intensywny opad deszczu, przeciekający dach, a nawet prognozy pogody związane z intensywnymi ulewami – to wszystko może już jako szyna uruchamiać SBS miąższu nerki od nowa. Jest to jednak przejaw niedoczyszczonego, a co za tym idzie nierozwiązanego do końca konfliktu.
Bo kiedy konflikt jest całkowicie rozwiązany, przepracowany, odpuszczony – wtedy i szyny nie uaktywniają SBS-u na nowo. Również ten proces doczyszczania konfliktu Iza opisuje w swojej relacji; i nie trzeba tu specjalnych technikwybaczania i odpuszczania – kiedy nasza psychika jest gotowa od czegoś się uwolnić to po prostu to robi. Wtedy rozpoczyna się proces, którego nie trzeba świadomie kontrolować, wybaczanie i odpuszczanie po prostu się dzieją. Niczego nie trzeba popychać…

Gdy równolegle zdrowieje ciało, to proces ten jest trudniejszy. Faza zdrowienia często wiąże się z niedogodnościami fizycznymi, dyskomfortem, bólami, obrzękami, gorączką, niepokojem otoczenia – najbliższych.
Iza pięknie opisuje ten proces, który rozłożony był przecież w czasie – wzloty i upadki, napięcie i ulga, lęk i wsparcie…
Mam takie wrażenie, że Iza bardzo uważnie przeszła ten proces zdrowienia i ta uważność pozwoliła jej na budowanie dystansu wobec mentalnych lęków dotyczących objawów chorobowych.
Z doświadczenia wiem, że choroba budzi lęk, uruchamia mentalne programy przywiązania do bliskich, życia, ciała – wtedy człowiek najbardziej się boi, że może coś stracić. Ciało zdrowieje, a umysł wprowadza nas w fazę stresową tworząc dramatyczne wizje przyszłości.

I jeszcze jedno:
zauważ, że w swojej relacji Iza opisując fazę zdrowienia używa takich oto słów: „Bywały też okresy ciszy i dobrostanu”

To jest znamienne i trzeba te momenty rozpoznać, tak aby nie identyfikować całej choroby jako „złej”. Przecież jeśli faza zdrowienia trwa 6 miesięcy to czas ten nie jest bolesny i dołujący przez 6 miesięcy / 24h na dobę. Są chwile radosne, pogodne, obfite, niebolesne, po prostu dobre chwile… Naucz się je rozpoznawać i świadomie w nich być – wtedy zdrowienie będzie łatwiejsze i postrzegane jako całość, a nie tylko jak nieustanne pasmo Twoich cierpień.

Opracowanie i komentarz
Monika Stawicka

Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.