Relacja: uzdrowienie wieloletniej ASTMY

Witajcie Kochani, dzięki mojej kursantce Anecie powstała wyjątkowa relacja – świadectwo tego, że przepracowanie i uwolnienie konfliktu biologicznego oraz towarzyszących jemu szyn może prowadzić do zakończenia objawów chronicznych.

W tej historii mowa będzie o ASTMIE, schorzeniu, które często przedstawia się jako nieuleczalne i postępujące, wymagające  stałej interwencji farmakologicznej. Miliony osób z diagnozą „astma” nie ruszają się z domu bez leków i inhalatorów.
A przecież takim biologicznym lekarstwem może być domknięcie konfliktów stojących za astmą. O tym będzie ta historia…

Poniższa relacja dotyczy kobiety biologicznie leworęcznej, u której konfliktem wiodącym był konflikt „strach z przerażeniem”, z reakcją oskrzeli (a nie krtani – jakby to było u praworęcznej). Ponieważ astma to konstelacja dwóch konfliktów i zaangażowany musiał być jeszcze 2-gi konflikt po stronie żeńskiej, to w tym wypadku niestety nie znamy go. Jednak … nie zawsze konieczne jest rozpoznanie i przepracowanie dwóch konfliktów, aby konstelacja ustała.  Wystarczy rozwiązać 1 kluczowy konflikt, aby dezaktywować konstelację i stojące za nią objawy.

Poniższa grafika prezentuje konflikty budujące tzw. astmę oskrzelową, której charakterystycznym objawem są problemy z wydechem.

Sceneria – tło konfliktu „strach z przerażeniem”, drapieżnik w rewirze, panicznie boję się go, odczuwam przerażenie, kiedy on jest w pobliżu. Odczucie żeńskie, reakcja narządu – męska – oskrzela -> u leworęcznej.
Dom, który miał być bezpieczny, był miejscem walki o przetrwanie. Tata po alkoholu nie panował nad sobą. Stawał się osobą nieobliczalną, z siłą, nad którą nikt nie był w stanie zapanować, nawet on sam. Wszystko, co było na jego drodze, ludzie czy przedmioty stawało się kwestią przetrwania albo zniszczenia. Jego stany amoku niszczyły wszystko wokół, a potem przychodził moment, kiedy trzeźwiał i patrzył na to wszystko z przerażeniem, pytając: „co tu się stało?” To nie były pojedyncze sytuacje, to była nasza codzienność i zostawało tylko czekanie, co wydarzy się tym razem. Niestety wszystkie instytucje zawiodły. Ponadto mieszkałam w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znali i gdzie nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Z czasem strach przestał być dla mnie  emocją, stał się stanem permanentnym, a granica między życiem a śmiercią przestała być czymś odległym.

Moment uderzenia konfliktu
Nie było jednego wydarzenia, to nie był jeden dzień, to była moja codzienność powtarzające się sytuacje, w których trwała nieustanna walka o życie.

Pierwsze objawy
Odkąd pamiętam, od dziecka: trudności z oddychaniem i inhalatory zawsze pod ręką: berotec, berodual, salbutamol i codzienność leczenia:
euphylline, budezonid, nebulizator i nebulizacje z combiprasalem to był stały element dnia. Na stałe: symbicort turbuhaler / bufori easyhaler, spiriva a przy zaostrzeniach:
prednisolon, hydrokortyzon – glikokortykosteroidy  i pobyty w szpitalu w zależności od nasilenia astmy. To wszystko nie było wyjątkiem, to było moje codzienne życie.

Jak objawy zmieniały się w czasie
Objawy nie znikały, one zmieniały tylko swoją intensywność. Czasami trudno było mi oddychać, a czasami nie mogłam oddychać w ogóle. Nawet kiedy tata po latach został postawiony przed wyborem: albo zacznie się leczyć, albo poniesie poważniejsze konsekwencje i przestał pić, u mnie prawie nic się nie zmieniło, były dni bez ataków, ale były też takie, kiedy bardzo trudno było je opanować. Mój wyjazd za granicę też nic nie zmienił. Zdarzało się, że nie można było nawet wykonać u mnie spirometrii, bo kończyła się atakiem astmy. W pewnym momencie było już tak źle, że zaczęto rozważać leczenie biologiczne.

I wtedy zaczęła się moja terapia i prawdziwa praca z emocjami.

Jak sobie radziłaś?
Najpierw klasycznie: leki, inhalacje, sterydy, nebulizacje ale to pomagało tylko na chwilę. Prawdziwa zmiana zaczęła się dopiero wtedy, gdy pojawiła się świadoma praca z emocjami (EFT). I wtedy wszystko zaczęło się zmieniać, objawy stopniowo traciły swoją intensywność, aż w końcu całkowicie zniknęły.

Czy wystąpiły tzw. szyny (trigger points)?
W dzieciństwie trudno było mi to określić, bo astma była moją codziennością. W dorosłym życiu zauważyłam, że każdy powrót z Polski kończył się zawsze następnego dnia napadem astmy, nawet kiedy wcześniej była pod kontrolą. Pamiętam szczególnie jedną sytuację: moją podróż pociągiem, miesiąc po śmierci taty. Pomyślałam o nim, bo chciałam go o coś zapytać i wtedy dotarło do mnie, że już nigdy mi nie odpowie i wróciły wspomnienia. Tego samego wieczoru w hotelu dostałam ataku astmy. To było trudne, bo od kilku miesięcy nie miałam objawów i nie brałam już żadnych leków. Pisząc ten tekst też wróciły wspomnienia i myśląc, że sytuacja na pewno się powtórzy, na stoliku nocnym przygotowałam leki i czekałam, czy astma wróci. I tak każdego dnia dziwię się coraz bardziej, bo czuję się tak, jakbym nigdy jej nie miała!

Co ostatecznie domknęło objawy?
Nie jeden moment, tylko proces.
Kolejne sesje i moja systematyczna proca z emocjami. Domknięcie przyszło wtedy, gdy emocje zostały nazwane i przeżyte, a moja historia została „przepracowana”, a nie schowana. Ale to doświadczenie pokazało mi coś bardzo ważnego, że ciało pamięta i reaguje za każdym razem dokładnie tak samo na emocjonalne bodźce, nawet wtedy, gdy sytuacja już dawno się skończyła.

Sesje i EFT z Magdą
Kluczowym obszarem pracy był lęk, szczególnie lęk o przetrwanie oraz lęk z przerażeniem. Tego typu emocje wymagają pracy warstwowej. Moje ciało zaczęło się „odmrażać” i wracało czucie , nie tylko emocjonalne, ale też fizyczne zaczęłam zauważać wyraźne zmiany, ogień znów parzył, kropla oleju na rozgrzanej patelni nie była już tylko śladem na skórze, ale realnym bólem, mój próg bólu znacząco się obniżył, jakby ciało na nowo uczyło się odczuwać i z każdą sesją zdejmowane były kolejne, bardzo subtelne warstwy lęku, jak cienkie powłoki, które stopniowo odsłaniały głębsze poziomy lęku, przerażenia i poczucia zagrożenia życia. Była to praca nad przywracaniem poczucia bezpieczeństwa w ciele, ale również nad relacjami i emocjami związanymi z moim ojcem, mamą i bratem. I nie była to jednorazowa interwencja, ale proces, który wymagał czasu, uważności i pracy na wielu poziomach emocjonalnych. Szyną był na pewno mój tata, jednak trudno mi wskazać jeden konkretny moment domknięcia konfliktów powiązanych z astmą. To był to proces, który zachodził stopniowo, w trakcie mojej długiej, trudnej, a zarazem bardzo uwalniającej pracy z emocjami.

Zmiana spojrzenia
Terapia pomogła mi zrozumieć, jak bardzo strach i panika wpływały na moje zdrowie i przebieg astmy. Ponadto uświadomienie sobie, że tata był w czymś, czego nie kontrolował, i jak jego przeszłość wpłynęła na jego życie, nie było już tłumaczeniem jego zachowań, ale całkowicie zmieniło moje spojrzenie na to wszystko. I kiedy wracam do wspomnień, nie czuję już tego paraliżującego napięcia i strachu, jakby moje ciało w końcu zrozumiało, że jest bezpieczne. I chyba najważniejsze jest to, że przestałam uciekać od trudnych emocji, po ich przepracowaniu one po prostu przestały mnie przerastać.

Głębsza refleksja
Jestem żywym przykładem jak bardzo traumatyczne doświadczenia wpływają na nasze dalsze życie, na nasze reakcje, emocje, decyzje, a w konsekwencji na zdrowie. Mówi się, że astma jest chorobą nieuleczalną, a ja mogę powiedzieć, że może być inaczej. Trudne emocje nie znikają same a praca z nimi nie jest łatwa ani szybka, ale jest możliwa, a jej efekty są realne i wyraźne odczuwalne.

Już od prawie roku nie biorę żadnych leków na astmę, choć przez jakiś czas nadal zabierałam je ze sobą w podróże. Po kilku miesiącach brałam już tylko sam salbutamol, bardziej dla poczucia bezpieczeństwa niż z realnej potrzeby. Aż do momentu, kiedy, siedząc w samolocie lecącym na wysokości 12 000 ft, podczas jednej z kolejnych podróży uświadomiłam sobie, że nie mam przy sobie nawet salbutamolu, ja po prostu zapomniałam go ze sobą zabrać. Kiedyś w takiej sytuacji pojawiłby się strach i panika. Tym razem było inaczej, bo poczułam spokój. Pomyślałam tylko: „no cóż, najwyraźniej już go w ogóle nie potrzebuję”.  Nadal jednak nie byłam pewna, jak mój mózg zareaguje podświadomie, kiedy nie ma czegoś, po co mógłby sięgnąć „na wszelki wypadek”. Pomyślałam, że może jeszcze w hotelu, w nocy albo nad ranem dostanę ataku ale nic się takiego nie wydarzyło, żadnego ataku. Żadnego lęku i wtedy ostatecznie zrozumiałam, że to naprawdę się domknęło, konflikt rozwiązany, faza naprawcza domknięta i  szyn też już nie ma.

Aneta

Aneto – dziękuję za odwagę i gotowość, by zajrzeć głęboko w siebie i podzielić się ze światem swoją historią.

Gratuluję Ci ogromnego sukcesu – nie tylko zdrowotnego, jakim jest dezaktywacja astmy i wyjście z zależności od leków, ale przede wszystkim procesu terapeutycznego, który stoi za uzdrowieniem. Pracy, którą wykonałaś – konfrontacji z emocjami i uwolnienia tego, co było zapisane w ciele.

To jest coś więcej niż „pozbycie się objawu”. To jest odzyskanie siebie i dokładnie w tej historii to właśnie wybrzmiewa.

Pozdrawiam cieplutko,

Monika Stawicka

Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.